Wynajem mieszkania w Szanghaju to nie łatwa rzecz. Mimo angielskiego
serwisu dla obcokrajowców, shartshanghai.com, trudności piętrzą się na każdym
kroku. Nazwy ulic i dzielnic to wciąż czarna magia, a google maps nie działają
i trzeba się wspierać mapami Baidu, które wszystkie nazwy wyświetlają po
chińsku. W końcu trzeba dotrzeć na miejsce: taksówką, która może nie znać
drogi, metrem, które nie ma w okolicy żadnych przystanków, albo pieszo, tylko
po to, żeby poczuć z nogach, jak ogromna jest skala tego miasta i jak złudna
skala mapy, którą trzymam w ręce.
Później na scenę wchodzą agencje nieruchomości i sytuacja staje się jeszcze
bardziej zabawna. Posłuchajcie...
Akt 1: Szukanie ofert
Siedzę w lobby hotelowym z twarzą przylepioną do ekranu komórki. Nie mogę
tu podłączyć komputera, więc przeglądam oferty i sprawdzam lokalizacje na
komórce. (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to wczesne stadium przemiany, która
prowadzi do tego, że komórka staje się zewnętrznym cyfrowym sercem, bez którego
nie można się już obejść). Mapy googla nie dziaają i muszę korzystać z
chińskich, gdzie nazwy ulic są zapisane niezrozumiałymi krzaczkami, dlatego
każdą lokalizację wyszukuję po układzie ulic i skrzyżowań. Wysłałem zgłoszenie
do 10 ofert i po godzinie pojawiły się pierwsze odpowiedzi. Ruszyłem w miasto
na oględziny...
Akt 2: Wizytacje
Centymetr na mapie okazał się być kilometrem w rzeczywistości. Kiedy
dotarłem na miejsce spotkania, spóźniony o dobre 20 minut, agentka już na mnie
czekała. Zobaczyłem maleńką Chinkę, która opierała się o najmniejszy skuter
jaki jeździ po ulicach Szanhaju. Sądziłem, że mieszkanie jest za rogiem i
pójdziemy tam pieszo, ale zamiast tego dostałem propozycję, żeby pojechać
tam... jej skuterem. Trochę niepewnie wcisnąłem się na mały pojazd, Chinka
usiadła za mną na jeszcze mniejszym siedzeniu i kazała ruszać. Skuter był wielkości
roweru dla dzieci, z przyczepioną baterią która służyła zamiast silnika (rada
miasta kilka lat temu zakazała używac skuterów innych niż elektryczne, żeby
powstrzymać i tak już dotkliwe zanieczyszczenie powiertrza). Na początku jechaliśmy trochę niepewnie, bo
nie znałem ani drogi, ani przepisów, ani tego, jak używać hamulca.
Po kilku godzinach i trzech mieszkaniach byłem prawie zdecydowany na
kwaterę na Kangding Lu, w popularnej wśród expatów dzielnicy Jing’an. Z decyzją
postanowiłem poczekać do następnego dnia, bo chciałem obejrzeć jeszcze inne
oferty.
Jak się okazało przez najbliższe 24 godziny, niepotrzebnie, bo kolejne
miejsca były już tylko gorsze. Natomiast przygód nie brakowało: inna „agentka”,
która miała mi pokazać mieszkanie, nie bardzo wiedziała, gdzie się ono
znajduje, i dopiero po pół godzinie i kilku telefonach do centrali znalazła
właściwy blok.
Zdecydowałem się na mieszkanie z poprzedniego dnia, i jeszcze tego samego
wieczora trafiłem do agencji żeby podpisać kontrakt...
Akt 3: Kontrakt
O 21 trafiłem do „biura” angecji, które okazało się mieszkaniem na 9
piętrze 30-poziomowego wieżowca. Oprócz tego był to też dom dla większości pracowników
agencji, którzy chyba byli znajomymi z dawniejszych lat. Na półkach stały
butelki z zachodnimi alkoholami i jakieś książki o księgowości, a w rogu stała
zakurzona bałałajka. Jakaś młoda Chinka grała na pianinie, inna w piżamie oglądała
serial na komputerze.
Usiadłem przy stole i zacząłem studiować kontrakt. Kiedy zapytałem o
kwestię ubezpieczenia mieszkania, Mini Chinka, która była moją pośredniczką, z
początku nie rozumiała o co pytam. Dopiero za trzecim razem dotarło do niej, że
chodzi o potencjalne ryzyko od którego należy się ubezpieczyć, i odpowiedziała,
że w Chinach się takie rzeczy jak zalanie czy pożar mieszkania nie zdarzają.
Cóż, nikt nie obiecywał, że wynajem będzie prosty...
Po pierwszej wizycie i pierwszym podpisaniu kontraktu przyszedł czas na
dogrywkę: okazało się, że początkowa wpłata jest źle policzona i dokument
wymagał poprawy. Przy okazji dyskutowaliśmy o tym, że dodatkowa niewielka opłata
która miała być „numerem referencyjnym” nie jest potrzebna. Mini Chinka powiedziała,
że musi przedyskutować to z szefową (gra toczy się o 2.77 RMB, czyli ok.
1.4zł...). Szefowa niestety była akurat za ścianą w toalecie, więc rozmowa
toczyła się... przez zamknięte drzwi. Zdaje się, że termin „profesjonalizm”
został daleko stąd, gdzieś po zachodniej stronie Bugu...
Akt 4: Przeprowadzka
Miałem się przeprowadzać w sobotę wieczorem. Chiny odpracowywały tydzień
wolnego z poprzedniego tygodnia, więc po całym dniu w biurze nie mogłem się
doczekać, żeby w końcu wraz z przeprowadzką zamknąć okres przejściowy w
Szanghaju. Napisałem tylko krótkiego smsa z przypomnieniem, że o 19 chciałbym
się spotkać pod blokiem żeby odebrać klucze i sprawdzić czy w mieszkaniu
wszystko jest tak jak należy.
W odpowiedzi dostałem: „Nie mam czasu, sorry”.
Wymiana smsów i kolejne odpowiedzi tylko pogorszyły sprawę: „Możesz przyjść
do biura odebrać klucze”, „Lol”, „Zabawne”, „Nikt nie będzie dostępny na telefon
od zaraz”, kiedy próbowałem jeszcze grzecznie wytłumaczyć, że to ich niepisany
obowiązek jako wynajmujących. Pod koniec tej wymiany zdań byłem tak wściekły,
że w zasadzie cieszyłem się, że nie dzieje się to twarzą w twarz, bo pewnie
trudniej byłoby się opanować.
Dygresja: rada dla wszystkich z Was, którzy będą odwiedzać albo mieszkać w
Chinach: nie oczekujcie Europejskiej uprzejmości i obsługi klienta, jaką znacie
z Europy. Zasady są tu dużo bardziej umowne, dlatego charakter i upór często
zdziałają więcej niż praworządne europejskie odwoływanie się do reguł gry.
Szymczak, as szanghajskich szos!
OdpowiedzUsuń