To, że Chiny są biurokratycznym państwem nikogo nie zaskoczy. Mnie
zaskoczyło natomiast, jak sprawnie Chińscy urzędnicy i pracownicy państwowi
potrafią obsługiwać petentów. I w szpitalu, i w banku czułem się dziś jak
produkt na taśmie, przechodzący sprawnie z rąk do rąk wraz z tuzinem czerwonych
pieczątek i stertą niezrozumiałych papierów.
Dzień zacząłem od
przygody z chińską służbą zdrowia. Każdy laowai ("cudzoziemiec" po
chińsku), który chce przebywać w Chinach, musi przejść podstawowe badania i
utwierdzić rząd chiński w przekonaniu, że nie planuje biologicznego terroru
państwa. Zagraniczne wyniki testów się nie liczą i wszystko musi być zrobione
od początku.
Na wstępie dostałem
białe kimono do przebrania i kartkę z zestawem 8 naklejek – każda na jedno
badanie. Najpierw podstawy: waga i wzrost. Później przyszedł czas na
rentgen, badanie wzroku, USG, EKG i badanie krwi. Kartkę z wynikami, pokreśloną
chińskim pismem i czerwoną od pieczątek, wręczyłem na końcu korytarza jak
napisany pomyślnie egzamin – i z podobnym poczuciem ulgi.
Jeszcze nie wiedziałem,
że kolejną przygodą będzie powrót do centrum. Kiedy wsiadłem do taksówki,
próbowałem najpierw słownie wymawiać adres biura, ale taksówkarz tylko
powtarzał Nanjing Lu ze zdziwieniem. „Center”, „centro” i wszystkie wariacje na
ów temat też nie pomogły, więc machnąłem tylko ręką żebyśmy ruszyli w końcu z
miejsca. Później próbowałem wymówić dzielnicę, w której pracuję: Zhong (1) Xin
(4) Tai (4) Fu (4), tak jak nauczył mnie znajomy chińczyk Alex. Znów bez
skutku. Kiedy pokazałem to kierowcy na piśmie, tylko uśmiechnął się z
politowaniem i zapatrzył z powrotem na ulicę. Zatem internet: wyszukałem adres
biura na oficjalnej stronie firmy (po angielsku), ale taksówkarz nadal nie był
pewien gdzie jest CITIC square. Zacząłem już w pamięci odtwarzać trasę z
miasta, żeby przypomnieć sobie skrzyżowania i zjazdy, i kierować taksówkę na
„żywo”. Pewnie skończyłoby się to tym, że do pracy dotarłbym nie na śniadanie,
a na kolację. Na szczęście po kilku minutach znalazłem w plecaku zniszczoną
mapę, której używałem podczas oglądania mieszkań. Duża niebieska kropka
wskazywała bazę, czyli biuro (jak na razie jedyna bezpieczna przystań w tym
mieście). Morał: nie ruszać się nigdzie bez mapy.
Lunch
minął mi na wizycie w banku. Dzięki pomocy Chinki z firmy dostałem numerek
VIPowski w komitecie kolejkowym i po kilku minutach podpisywałem już kolejne
strony niezrozumiałych regulaminów, kwitów, druczków i potwierdzeń. Kiedy
wszystko było prawie gootwe, poprosiłem jeszcze o wpłacenie i wymianę kilku
dolarów, euro i funtów które zapodziały mi się w portfelu. Okazało się, że
każda z walut wymaga osobnej weryfikacji, pokwitowania i sprawdzania na
maszynie do fałszerstw. Tak więc banknoty jednodolarowe jeździły sobie tam i z
powrotem przez piszczącą maszynkę, podczas gdy Chinka spokojnie wypisywała
kolejne rubryczki. Sądzicie, może, że po takiej żmudnej procedurze wszystko
będę mógł załatwiać już sam, online? Opcja online wymaga dodatkowej opłaty, a
poza tym cały serwis jest po chińsku. A przelewy międzynarodowe i tak można
wykonywać tylko w obecności zaufanego towarzysza bankiera. Witamy w Chińskiej
Republice Ludowej.
Jutro o tym, jak szukałem w
Szanghaju mieszkania, czyli tragikomedia po chińsku...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz