poniedziałek, 13 października 2014

Biurokracja

To, że Chiny są biurokratycznym państwem nikogo nie zaskoczy. Mnie zaskoczyło natomiast, jak sprawnie Chińscy urzędnicy i pracownicy państwowi potrafią obsługiwać petentów. I w szpitalu, i w banku czułem się dziś jak produkt na taśmie, przechodzący sprawnie z rąk do rąk wraz z tuzinem czerwonych pieczątek i stertą niezrozumiałych papierów. 

Dzień zacząłem od przygody z chińską służbą zdrowia. Każdy laowai ("cudzoziemiec" po chińsku), który chce przebywać w Chinach, musi przejść podstawowe badania i utwierdzić rząd chiński w przekonaniu, że nie planuje biologicznego terroru państwa. Zagraniczne wyniki testów się nie liczą i wszystko musi być zrobione od początku.

Na wstępie dostałem białe kimono do przebrania i kartkę z zestawem 8 naklejek – każda na jedno badanie.  Najpierw podstawy: waga i wzrost. Później przyszedł czas na rentgen, badanie wzroku, USG, EKG i badanie krwi. Kartkę z wynikami, pokreśloną chińskim pismem i czerwoną od pieczątek, wręczyłem na końcu korytarza jak napisany pomyślnie egzamin – i z podobnym poczuciem ulgi.  



Jeszcze nie wiedziałem, że kolejną przygodą będzie powrót do centrum. Kiedy wsiadłem do taksówki, próbowałem najpierw słownie wymawiać adres biura, ale taksówkarz tylko powtarzał Nanjing Lu ze zdziwieniem. „Center”, „centro” i wszystkie wariacje na ów temat też nie pomogły, więc machnąłem tylko ręką żebyśmy ruszyli w końcu z miejsca. Później próbowałem wymówić dzielnicę, w której pracuję: Zhong (1) Xin (4) Tai (4) Fu (4), tak jak nauczył mnie znajomy chińczyk Alex. Znów bez skutku. Kiedy pokazałem to kierowcy na piśmie, tylko uśmiechnął się z politowaniem i zapatrzył z powrotem na ulicę. Zatem internet: wyszukałem adres biura na oficjalnej stronie firmy (po angielsku), ale taksówkarz nadal nie był pewien gdzie jest CITIC square. Zacząłem już w pamięci odtwarzać trasę z miasta, żeby przypomnieć sobie skrzyżowania i zjazdy, i kierować taksówkę na „żywo”. Pewnie skończyłoby się to tym, że do pracy dotarłbym nie na śniadanie, a na kolację. Na szczęście po kilku minutach znalazłem w plecaku zniszczoną mapę, której używałem podczas oglądania mieszkań. Duża niebieska kropka wskazywała bazę, czyli biuro (jak na razie jedyna bezpieczna przystań w tym mieście). Morał: nie ruszać się nigdzie bez mapy.

Lunch minął mi na wizycie w banku. Dzięki pomocy Chinki z firmy dostałem numerek VIPowski w komitecie kolejkowym i po kilku minutach podpisywałem już kolejne strony niezrozumiałych regulaminów, kwitów, druczków i potwierdzeń. Kiedy wszystko było prawie gootwe, poprosiłem jeszcze o wpłacenie i wymianę kilku dolarów, euro i funtów które zapodziały mi się w portfelu. Okazało się, że każda z walut wymaga osobnej weryfikacji, pokwitowania i sprawdzania na maszynie do fałszerstw. Tak więc banknoty jednodolarowe jeździły sobie tam i z powrotem przez piszczącą maszynkę, podczas gdy Chinka spokojnie wypisywała kolejne rubryczki. Sądzicie, może, że po takiej żmudnej procedurze wszystko będę mógł załatwiać już sam, online? Opcja online wymaga dodatkowej opłaty, a poza tym cały serwis jest po chińsku. A przelewy międzynarodowe i tak można wykonywać tylko w obecności zaufanego towarzysza bankiera. Witamy w Chińskiej Republice Ludowej.

Jutro o tym, jak szukałem w Szanghaju mieszkania, czyli tragikomedia po chińsku...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz