piątek, 24 października 2014

Wynajem mieszkania - tragikomedia w 4 aktach

Wynajem mieszkania w Szanghaju to nie łatwa rzecz. Mimo angielskiego serwisu dla obcokrajowców, shartshanghai.com, trudności piętrzą się na każdym kroku. Nazwy ulic i dzielnic to wciąż czarna magia, a google maps nie działają i trzeba się wspierać mapami Baidu, które wszystkie nazwy wyświetlają po chińsku. W końcu trzeba dotrzeć na miejsce: taksówką, która może nie znać drogi, metrem, które nie ma w okolicy żadnych przystanków, albo pieszo, tylko po to, żeby poczuć z nogach, jak ogromna jest skala tego miasta i jak złudna skala mapy, którą trzymam w ręce.
Później na scenę wchodzą agencje nieruchomości i sytuacja staje się jeszcze bardziej zabawna. Posłuchajcie...

Akt 1: Szukanie ofert
Siedzę w lobby hotelowym z twarzą przylepioną do ekranu komórki. Nie mogę tu podłączyć komputera, więc przeglądam oferty i sprawdzam lokalizacje na komórce. (wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to wczesne stadium przemiany, która prowadzi do tego, że komórka staje się zewnętrznym cyfrowym sercem, bez którego nie można się już obejść). Mapy googla nie dziaają i muszę korzystać z chińskich, gdzie nazwy ulic są zapisane niezrozumiałymi krzaczkami, dlatego każdą lokalizację wyszukuję po układzie ulic i skrzyżowań. Wysłałem zgłoszenie do 10 ofert i po godzinie pojawiły się pierwsze odpowiedzi. Ruszyłem w miasto na oględziny...

Akt 2: Wizytacje
Centymetr na mapie okazał się być kilometrem w rzeczywistości. Kiedy dotarłem na miejsce spotkania, spóźniony o dobre 20 minut, agentka już na mnie czekała. Zobaczyłem maleńką Chinkę, która opierała się o najmniejszy skuter jaki jeździ po ulicach Szanhaju. Sądziłem, że mieszkanie jest za rogiem i pójdziemy tam pieszo, ale zamiast tego dostałem propozycję, żeby pojechać tam... jej skuterem. Trochę niepewnie wcisnąłem się na mały pojazd, Chinka usiadła za mną na jeszcze mniejszym siedzeniu i kazała ruszać. Skuter był wielkości roweru dla dzieci, z przyczepioną baterią która służyła zamiast silnika (rada miasta kilka lat temu zakazała używac skuterów innych niż elektryczne, żeby powstrzymać i tak już dotkliwe zanieczyszczenie powiertrza).  Na początku jechaliśmy trochę niepewnie, bo nie znałem ani drogi, ani przepisów, ani tego, jak używać hamulca.

Skuter wyglądał tak...

...ale bezpieczeństwo i komfort tak.



Po kilku godzinach i trzech mieszkaniach byłem prawie zdecydowany na kwaterę na Kangding Lu, w popularnej wśród expatów dzielnicy Jing’an. Z decyzją postanowiłem poczekać do następnego dnia, bo chciałem obejrzeć jeszcze inne oferty.
Jak się okazało przez najbliższe 24 godziny, niepotrzebnie, bo kolejne miejsca były już tylko gorsze. Natomiast przygód nie brakowało: inna „agentka”, która miała mi pokazać mieszkanie, nie bardzo wiedziała, gdzie się ono znajduje, i dopiero po pół godzinie i kilku telefonach do centrali znalazła właściwy blok.
Zdecydowałem się na mieszkanie z poprzedniego dnia, i jeszcze tego samego wieczora trafiłem do agencji żeby podpisać kontrakt...

Akt 3: Kontrakt
O 21 trafiłem do „biura” angecji, które okazało się mieszkaniem na 9 piętrze 30-poziomowego wieżowca. Oprócz tego był to też dom dla większości pracowników agencji, którzy chyba byli znajomymi z dawniejszych lat. Na półkach stały butelki z zachodnimi alkoholami i jakieś książki o księgowości, a w rogu stała zakurzona bałałajka. Jakaś młoda Chinka grała na pianinie, inna w piżamie oglądała serial na komputerze.
Usiadłem przy stole i zacząłem studiować kontrakt. Kiedy zapytałem o kwestię ubezpieczenia mieszkania, Mini Chinka, która była moją pośredniczką, z początku nie rozumiała o co pytam. Dopiero za trzecim razem dotarło do niej, że chodzi o potencjalne ryzyko od którego należy się ubezpieczyć, i odpowiedziała, że w Chinach się takie rzeczy jak zalanie czy pożar mieszkania nie zdarzają. Cóż, nikt nie obiecywał, że wynajem będzie prosty...
Po pierwszej wizycie i pierwszym podpisaniu kontraktu przyszedł czas na dogrywkę: okazało się, że początkowa wpłata jest źle policzona i dokument wymagał poprawy. Przy okazji dyskutowaliśmy o tym, że dodatkowa niewielka opłata która miała być „numerem referencyjnym” nie jest potrzebna. Mini Chinka powiedziała, że musi przedyskutować to z szefową (gra toczy się o 2.77 RMB, czyli ok. 1.4zł...). Szefowa niestety była akurat za ścianą w toalecie, więc rozmowa toczyła się... przez zamknięte drzwi. Zdaje się, że termin „profesjonalizm” został daleko stąd, gdzieś po zachodniej stronie Bugu...

Akt 4: Przeprowadzka
Miałem się przeprowadzać w sobotę wieczorem. Chiny odpracowywały tydzień wolnego z poprzedniego tygodnia, więc po całym dniu w biurze nie mogłem się doczekać, żeby w końcu wraz z przeprowadzką zamknąć okres przejściowy w Szanghaju. Napisałem tylko krótkiego smsa z przypomnieniem, że o 19 chciałbym się spotkać pod blokiem żeby odebrać klucze i sprawdzić czy w mieszkaniu wszystko jest tak jak należy.
W odpowiedzi dostałem: „Nie mam czasu, sorry”.
Wymiana smsów i kolejne odpowiedzi tylko pogorszyły sprawę: „Możesz przyjść do biura odebrać klucze”, „Lol”, „Zabawne”, „Nikt nie będzie dostępny na telefon od zaraz”, kiedy próbowałem jeszcze grzecznie wytłumaczyć, że to ich niepisany obowiązek jako wynajmujących. Pod koniec tej wymiany zdań byłem tak wściekły, że w zasadzie cieszyłem się, że nie dzieje się to twarzą w twarz, bo pewnie trudniej byłoby się opanować.

Dygresja: rada dla wszystkich z Was, którzy będą odwiedzać albo mieszkać w Chinach: nie oczekujcie Europejskiej uprzejmości i obsługi klienta, jaką znacie z Europy. Zasady są tu dużo bardziej umowne, dlatego charakter i upór często zdziałają więcej niż praworządne europejskie odwoływanie się do reguł gry.

W końcu przestałem być miły i ostatecznie wyszło na moje. Doświadczenie pozostałych współlokatorów potwierdza, że inne metody nie bardzo zdają tu egzamin...

Nareszcie na "swoim"

1 komentarz: