Frustracja i ekscytacja, zmęczenie i energia,
rozczarowanie i podziw - z tymi
uczuciami spędziłem pierwsze 24 godziny w Szanghaju. Miasto opowiadało mi o sobie serią ujęć, osób i wydarzeń, które razem splatały się w
niezwykłą orientalną opowieść.
Niedziela,
lotnisko Pudong International, godzina 23 czasu lokalnego. Wsiadam do taksówki i próbuję
wymówić adres hotelu. Kierowca krzywi się, więc zrezygnowany sięgam do kieszeni
płaszcza po zmiętą rezerwację swojego noclegu. Krótkie skinienie głowy i już
pędzimy 5 pasmową autostradą, która dociera aż do wewnętrznej obwodnicy miasta
(Szanghaj ma je dwie, poprzecinane
drogami wylotowymi w każdym kierunku świata). Mijamy owe krzyżówki, każde o
powierzchni boiska do piłki nożnej, na wysokości 30 metrów nad ziemią, na
trzecim (z pięciu) poziomie przeplatających się nitek autostrad. Dla mojego kierowcy
ograniczenia prędkości nie istnieją, więc ścigamy się z innymi taksówkami,
mknąc slalomem po słabo oświetlonych drogach. Kiedy przejeżdżamy przez wiadukt
nad wewnętrzną obwodnicą, rozpościera się przed i pod nami ocean świateł, ciągnący
się po horyzont las wieżowców jaśniejących na tle nocnego nieba. Zanurzamy się
w ciemny labirynt miasta, przeplatany tylko czerwienią chińskich dekoracji i
bladym blaskiem eleganckich zachodnich wystaw sklepowych.
Niedziela, Hotel Golden Tulip, 228 North
Shaanxi Road, mija północ. Hotel już od pierwszego momentu nie robił dobrego wrażenia, zwłaszcza
kiedy okazało się, że nikt z obsługi nie mówi po angielsku, karta włączająca w
pokoju światło potrzebowała „pomocy” żeby zadziałać, a internet dostępny był
jedynie przez wifi w recepcji (mimo że kabel telefoniczny leżał na biurku w
pokoju). Z kranu woda leciała na początku żółta, a w prysznicu była tylko zimna
woda, bo hotel gorącą wodę zablokował w trosce o dobro gości. Dopiero
szczęśliwi znalazcy czerwonego przycisku mogli się nią cieszyć (po dwóch dniach
nadal go nie znalazłem). Hotel wyglądał na wyludniony (czemu bym się nie
zdziwił zważywszy na standard). Nocą, kiedy ja zmagałem się z internetem i 7
godzinną zmianą strefy czasowej, okazało się jednak, że goście hotelowi (widać
że jacyś jednak są) są odwiedzani przez mocno umalowane panie o długich
nogach i krótkich spódniczkach. Podobno Szanghaj z tego słynie...
Poniedziałek,
pokój hotelowy, 26 piętro, 8:45. Zza ściany dochodzą
odgłosy pękających płytek, kruszonego gruzu i wbijanych gwoździ. Okazało się,
że to nie hałaśliwa sprzątaczka która wstała lewą nogą, ale gruntowny remont sąsiedniego pokoju, włącznie ze zrywaniem tynku i kafelek. Szukając ciszy pod osłoną
poduszki odwróciłem głowę w stronę okna i zobaczyłem niezwykły widok: morze
szarych iglic ustawionych równymi rzędami, oświetlonych od boku przez złoty
wschód słońca.
Od rana wplątałem się w pajęczynę
technologicznych zależności, bo nie miałem sprawnego (g)maila, żeby wysyłać
zapytania z ofertami o mieszkanie. Żeby założyć nowego, chińskiego maila
potrzebowałem lokalny nr. komórki na potwierdzenie. Kiedy dotarłem już do
sklepu, okazało się, że potrzebny jest jeszcze mój paszport. W końcu, po
przeszło godzinie, zabrałem się do szukania ofert, i ustawiłem kilka spotkań na
popołudnie (cdn)
Czy zamierzasz jeździć po Szanghaju samochodem? :-)
OdpowiedzUsuńStaszek bez problemu jeździł po San Francisco, to i w Szanghaju dałby sobie radę.
OdpowiedzUsuńWojtek, może kup jakieś używane auto, do pracy dotrzesz w 10 minut i zwiedzisz Chiny na własną rękę....
Obawiam się, że Szanghaj mógłby mieć inne zdanie na ten temat!
Usuń