niedziela, 12 października 2014

Ni hao! czyli pierwsze 24h

Frustracja i ekscytacja, zmęczenie i energia, rozczarowanie i podziw -  z tymi uczuciami spędziłem pierwsze 24 godziny w Szanghaju. Miasto opowiadało mi o sobie serią ujęć, osób i wydarzeń, które razem splatały się w niezwykłą orientalną opowieść.

Niedziela, lotnisko Pudong International, godzina 23 czasu lokalnego.  Wsiadam do taksówki i próbuję wymówić adres hotelu. Kierowca krzywi się, więc zrezygnowany sięgam do kieszeni płaszcza po zmiętą rezerwację swojego noclegu. Krótkie skinienie głowy i już pędzimy 5 pasmową autostradą, która dociera aż do wewnętrznej obwodnicy miasta (Szanghaj ma je dwie,  poprzecinane drogami wylotowymi w każdym kierunku świata). Mijamy owe krzyżówki, każde o powierzchni boiska do piłki nożnej, na wysokości 30 metrów nad ziemią, na trzecim (z pięciu) poziomie przeplatających się nitek autostrad. Dla mojego kierowcy ograniczenia prędkości nie istnieją, więc ścigamy się z innymi taksówkami, mknąc slalomem po słabo oświetlonych drogach. Kiedy przejeżdżamy przez wiadukt nad wewnętrzną obwodnicą, rozpościera się przed i pod nami ocean świateł, ciągnący się po horyzont las wieżowców jaśniejących na tle nocnego nieba. Zanurzamy się w ciemny labirynt miasta, przeplatany tylko czerwienią chińskich dekoracji i bladym blaskiem eleganckich zachodnich wystaw sklepowych.



Niedziela, Hotel Golden Tulip, 228 North Shaanxi Road, mija północ. Hotel już od pierwszego momentu nie robił dobrego wrażenia, zwłaszcza kiedy okazało się, że nikt z obsługi nie mówi po angielsku, karta włączająca w pokoju światło potrzebowała „pomocy” żeby zadziałać, a internet dostępny był jedynie przez wifi w recepcji (mimo że kabel telefoniczny leżał na biurku w pokoju). Z kranu woda leciała na początku żółta, a w prysznicu była tylko zimna woda, bo hotel gorącą wodę zablokował w trosce o dobro gości. Dopiero szczęśliwi znalazcy czerwonego przycisku mogli się nią cieszyć (po dwóch dniach nadal go nie znalazłem). Hotel wyglądał na wyludniony (czemu bym się nie zdziwił zważywszy na standard). Nocą, kiedy ja zmagałem się z internetem i 7 godzinną zmianą strefy czasowej, okazało się jednak, że goście hotelowi (widać że jacyś jednak są) są odwiedzani przez mocno umalowane panie o długich nogach i krótkich spódniczkach. Podobno Szanghaj z tego słynie...

Poniedziałek, pokój hotelowy, 26 piętro, 8:45. Zza ściany dochodzą odgłosy pękających płytek, kruszonego gruzu i wbijanych gwoździ. Okazało się, że to nie hałaśliwa sprzątaczka która wstała lewą nogą, ale gruntowny remont sąsiedniego pokoju, włącznie ze zrywaniem tynku i kafelek. Szukając ciszy pod osłoną poduszki odwróciłem głowę w stronę okna i zobaczyłem niezwykły widok: morze szarych iglic ustawionych równymi rzędami, oświetlonych od boku przez złoty wschód słońca.




Od rana wplątałem się w pajęczynę technologicznych zależności, bo nie miałem sprawnego (g)maila, żeby wysyłać zapytania z ofertami o mieszkanie. Żeby założyć nowego, chińskiego maila potrzebowałem lokalny nr. komórki na potwierdzenie. Kiedy dotarłem już do sklepu, okazało się, że potrzebny jest jeszcze mój paszport. W końcu, po przeszło godzinie, zabrałem się do szukania ofert, i ustawiłem kilka spotkań na popołudnie (cdn)

3 komentarze:

  1. Czy zamierzasz jeździć po Szanghaju samochodem? :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Staszek bez problemu jeździł po San Francisco, to i w Szanghaju dałby sobie radę.
    Wojtek, może kup jakieś używane auto, do pracy dotrzesz w 10 minut i zwiedzisz Chiny na własną rękę....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, że Szanghaj mógłby mieć inne zdanie na ten temat!

      Usuń